Jestem odpowiedzialny za wzrost ziarna powołania

Drodzy Bracia i Siostry!

Wokół nas, na polach, widzimy rosnące zboże. Wiemy dobrze, jak wiele potrzeba trudu, ile potrzeba zachodu, aby wydało ono obfite plony.

Najpierw ziarno wrzuca się w ziemię. I choć przez pewien czas nic nie widać, to jednak ziarno kiełkuje, rośnie… Przychodzi wreszcie taki dzień, kiedy przebija glebę i wydostaje się na światło słoneczne. Wciąż rośnie, rośnie, rośnie… Najpierw delikatna łodyga, potem całkiem spore źdźbło, aż wreszcie pojawia się kłos. Ten kłos, gdy ma odpowiednią ilość wody i słońca, rośnie na dobrej glebie, dojrzewa, wydając plony. Gdy przyjdzie czas żniwa, ścięte i wymłócone zboże staje się dobrym chlebem…

Drodzy Bracia i Siostry!

Jakże rozwój powołania do kapłaństwa i życia zakonnego podobny jest do owego wzrostu ziarna zboża.

Bóg wrzucił w moje serce, już wiele lat temu, ziarno swojego powołania. Wrzucił to ziarno w moje serce poprzez posługę dwóch oblatów – misjonarzy ludowych. Jeden z nich pracuje nadal w Polsce, a drugi głosi Ewangelię w dalekim Turkmenistanie. Wtedy, po spotkaniu z nimi, zapragnąłem żyć tak, jak oni żyją. Zapragnąłem żyć tak, jak żył św. Eugeniusz de Mazenod. Chciałem, jak On iść do ubogich.

Choć z początku może nie było tego widać, to jednak owo zasiane przez Boga ziarno powoli rosło w mojej rodzinie, parafii, wśród ludzi, których Bóg postawił na drogach mojego życia: na pielgrzymce, w harcerstwie, w kościele, szkole, w Niższym Seminarium Duchownym w Markowicach. Nie był to czas łatwy: przychodziły bowiem okresy zmagania się z powziętym postanowieniem, pokusy pójścia inną drogą. Bóg pomógł mi je wszystkie przezwyciężyć.

Później, gdy przyszedł czas ostatecznej decyzji, wielu mówiło, że kiełkowanie tego Bożego powołania można było obserwować przez te wszystkie lata. Inni natomiast nie kryli zdziwienia, gdy ziarno powołania przebiło niejako ziemię w postaci zakomunikowania innym mojej decyzji. Jeszcze inni dziwili się, że przecież w seminarium diecezjalnym miałbym lepiej, byłbym bliżej domu, częściej mógł przyjeżdżać. Nie mogli tego wszystkiego pojąć…

Po okresie kiełkowania, przyszedł czas wzrostu: roczny nowicjat na Świętym Krzyżu w cieniu relikwii Krzyża Świętego i sześć lat spędzonych w naszym misyjnym seminarium w Obrze. Nie był to także czas łatwy: pojawiały się rozmaite pytania, inne drogi, pokusy rzucenia tego wszystkiego, bo po co się poświęcać dla innych. Pomimo tych burz ziarno powołania nadal rosło…

W nowicjacie, jak ledwie kiełkujące źdźbło, uczyłem się korzystać z wody i słońca: modlitwy, zagłębianiu się w słowa Pisma Świętego i kontaktu z Bogiem. Dziś ten czas przyrównałbym do okresu pierwszej miłości narzeczonych. Wtedy to mogłem bliżej poznawać Boga i jego plan względem mojej osoby, Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej i rozmiłować się w życiu św. Eugeniusza de Mazenoda.

Najważniejszy był jednak czas wzrostu w seminarium. Jak już mówi sama nazwa tego miejsca, był to czas intensywnego wzrostu i obfitego Bożego zasiewu. Czas ten był spędzony na modlitwie, studiowaniu i rozważaniu Słowa Bożego, zagłębianiu się w bogactwo nauki Kościoła. Te wykłady, przeplecione modlitwą i rozmyślaniem oraz dzieleniem się przeżywaniem swojej wiary we wspólnocie, przynoszą już swoje owoce w kontaktach z różnymi ludźmi w czasie wyjazdów i praktyk w rozmaitych parafiach po całej Polsce. Wszystko to po to, aby jak najlepiej służyć Bogu i drugiemu człowiekowi.

Ten czas, spędzony w seminarium, był też potrzebny, aby dojrzeć do podjęcia ostatecznych decyzji: złożenia ślubów wieczystych czystości, ubóstwa, posłuszeństwa i wytrwania oraz przyjęcia święceń diakonatu.

A dziś…? Zbliża się czas żniwa. Za miesiąc, tak jak wielu przede mną i wielu zapewne za mną, przyjmę święcenia kapłańskie w naszym misyjnym seminarium w Obrze. Ziarno, wydające plony, ma się stać teraz dobrym chlebem, który leży na stole i każdy może z niego okroić sobie tyle, ile będzie potrzebował. Mam być dla każdego spotkanego człowieka takim właśnie chlebem. Po to przecież Bóg zasiał ziarno powołania w moim sercu.

Drodzy Bracia i Siostry!

Ktoś mógłby zapytać: po co to wszystko? Po co te wszystkie lata trudu, wyrzeczenia, rezygnacji z tak wielu rzeczy. Odpowiedź znajdujemy w Ewangelii: by być „Dobrym Pasterzem”!

Być „Dobrym Pasterzem” to być jak Jezus Chrystus. Być „Dobrym Pasterzem” to znać Boga, tak jak Jezus, rozmawiać z Nim i modlić się do Niego, tak jak Jezus. To słuchać zawsze Bożego głosu i iść za nim bez względu na konsekwencje. To przecież Bóg jest „kamieniem węgielnym”.

Być „Dobrym Pasterzem”, to udowodnić całemu światu poprzez ofiarę ze swojego życia, że Bóg wszystkich obdarzył wielką miłością, że „staliśmy się dziećmi Bożymi”. Gdy Jezus mówi o sobie, że jest „Dobrym Pasterzem”, to pragnie odróżnić się od najemników, którzy starają się o ludzi i mają do nich sympatię tylko tak długo, jak długo mogą osiągać jakieś zyski. Gdy zaś pojawi się niebezpieczeństwo, uciekają, pozostawiając stado na pastwę losu, bez opieki. A kapłan czy osoba zakonna, za wzorem Chrystusa, tym różni się od najemników, że tak bardzo kocha powierzonych sobie ludzi, iż nie zważa na kpiny, powątpiewania, słowa litości czy ubolewania: „Taki ładny chłopak…, taka ładna dziewczyna, a tak sobie życie w kapłaństwie, w klasztorze, zmarnowali”, ale potrafi nawet swoje życie oddać za „swoje owoce”. Przykładów jest wiele… Znamy je wszyscy… Wystarczy wspomnieć tylko abp. Oskara Romero, zamordowanego 10 lat temu w czasie sprawowania Mszy świętej tylko za to, że ośmielił się zabrać głos w obronie tych, którzy sami się bronić nie mogli.

Być „Dobrym Pasterzem” to znać ludzi sobie powierzonych. Znać tak, aby oni znali dobroć swojego „Pasterza”. Być „Dobrym Pasterzem”, to dać innym doświadczyć tej dobroci. „Dobry Pasterz” nie pozostaje jednak tylko na kontakcie z tymi, którzy sami przyjdą, ale szuka „owiec zagubionych”: ubogich, bezdomnych, narkomanów… tak wielu ich jest na naszych ulicach, placach miast… Szuka i przynosi na swoich ramionach. Znamy dobrze ten widok z wielu religijnych obrazów przedstawiających Chrystusa.

Drodzy Bracia i Siostry!

Takie jest zadanie tego, kogo Bóg powołuje! Jakże trudne wymagania! Zadanie po ludzku nie do udźwignięcia! Ale przecież to Bóg jest tym, który powołuje do kapłaństwa i życia zakonnego. I to On daje moc, by iść niestrudzenie naprzód, jak „Dobry Pasterz”.

Potrzebujemy jednak także Waszej pomocy, aby temu posłannictwu sprostać, aby temu posłannictwu być wiernym.

Potrzebujemy Waszej modlitwy, która podtrzyma nasze ręce, gdy zmęczone zaczną opadać, która pomoże nabrać sił i mimo obolałych nóg pozwoli ruszyć w dalszą drogę niejednemu powołanemu do służby Bożej. To ona także wyprosi nowych robotników do Bożej winnicy, świętych i „Dobrych Pasterzy” z tej parafii, z tej siedleckiej ziemi. To ona pomoże przetrwać burze i rozterki tym, którzy wahają się wejść na drogę powołania lub wytrwać na obranej już drodze.

Potrzebujemy Waszego cierpienia i słabości, które dla wielu powołanych okażą się właśnie mocą. Potrzebujemy Waszego codziennego świadectwa wiary, nadziei i miłości. To ono wyprosi u Boga potrzebne łaski, wierność obranemu powołaniu oraz nowych misjonarzy, którzy po krańce świata będą głosili Ewangelię.

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tę Waszą pomoc czułem i czuję, będąc w seminarium. Wiem, że się za nas modlicie, że ofiarujecie za nas swoje cierpienia i trudy codzienności. Wiem również, że bez Waszej hojnej pomocy materialnej nie byłby możliwy rozwój naszego misyjnego seminarium.

Drodzy Bracia i Siostry!

Dziś właśnie jestem wśród Was, po to, aby podziękować Wam za tę troskę, jaką stale otaczacie przeszło 90 kleryków w seminarium w Obrze. Dziękuję Wam za to, że jesteście tymi „radosnymi dawcami”,  których miłuje Bóg, że nie szczędzicie wysiłku na rzecz już powołanych do służby Bożej i nowych powołań.

Jednocześnie pragnę Was gorąco prosić o dalszą pomoc. Wciąż przecież jest za mało zwiastunów Radosnej Nowiny. Proszę Was: módlcie się o nowe powołania. Módlcie się o wytrwanie, dla kroczących tą drogę, by byli prawdziwymi świadkami Ewangelii i „Dobrymi Pasterzami” powierzonych sobie ludzi. W Waszej parafii, rodzinach i miejscach spotkań, słowem zachęty wspomóżcie wielu młodych, którzy wahają się czy obrać tę właśnie drogę życia. Proszę Was, abyście w tych właśnie intencjach ofiarowali cierpienia i trudy codzienności. Proszę Was i o to, abyście dziś podzielili się swoim „wdowim groszem” i również materialnie wsparli nasze oblackie seminarium.

A Was, Młodzi Przyjaciele, proszę: jeśli czujecie, że Boże ziarno kiełkuje w Waszych sercach, pozwólcie mu się rozwijać. Niech dojrzeje i wyda obfite owoce. Zapewniam Was, że nigdy nie będziecie żałować. Ja dziś nie żałuję tego wyboru sprzed lat, kiedy Boże ziarno zakiełkowało w moim sercu. Amen.

Close Menu