Uczynki miłosierne co do duszy

“Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 26)

Drodzy Bracia i Siostry!

I znowu, tak ja w dniu wczorajszym, jesteśmy zapewne w stanie, w kontekście przytoczonego Słowa Bożego, wyrecytować uczynki miłosierne co do duszy: „1. Grzeszących upominać; 2. Nieumiejętnych pouczać; 3. Wątpiącym dobrze radzić; 4. Strapionych pocieszać; 5. Krzywdy cierpliwie znosić; 6. Urazy chętnie darować; 7. Modlić się za żywych i umarłych” (por. Uczynki miłosierne co do duszy).

Ta druga grupa uczynków miłosierdzia, które nazywamy uczynkami co do duszy, zarezerwowana jest tak naprawdę dla ludzi wierzących, gdyż to właśnie tylko oni potrafią wyjść poza to co doczesne, co ziemskie. Tylko oni potrafią bowiem zobaczyć, że człowiek to nie tylko ciało i doczesność, ale to także sumienie, dusza i życie wieczne. One wypływają bowiem z wiary w inną niż tylko ta ziemska rzeczywistość.

Grzeszących upominać i to z miłością, to dziś sztuka niełatwa. Tak bowiem często grzech stał się normą, że wielu nie widzi nic niestosownego w grzechu a nawet się tłumaczy, że skoro inni tak żyją, to wszystko jest w porządku. To upomnienie, dziś tak bardzo zarzucane, bo przecież nie wolno nikogo krępować w imię źle zrozumiałej tolerancji, domaga się autorytetu, który na naszych oczach jest dziś tak często niszczony.

Biblia pokazuje wyraźnie, że jeśli nie skutkuje napomnienie najpierw w cztery oczy, później w obecności świadków, aż wreszcie wobec wspólnoty wiary (por. Mt 18, 15-20), to nawet trzeba bolesnych środków „niech ci będzie jak celnik i grzesznik” (por. Mt 18,17) czy niemożliwości przystępowania do Eucharystii. To jest objaw miłosierdzia. Dlaczego? Bo traktowanie grzeszników siejących zgorszenie tak jakby się nic nie stało, to tylko utwierdzanie ich w grzechu i skazywanie na potępienie, za które stojący z obojętnością wobec ich postępowania, są także odpowiedzialni.

Nieumiejętnych pouczać, to najpierw samemu doskonalić się w mądrości Bożej, a następnie dopiero innych do tej mądrości prowadzić. Człowiek mądry to ten, który ma świadomość że ciągle wie za mało i ciągle musi się uczyć, że nie “zjadł już wszystkich mądrości”. Trzeba jednak odpowiednio dobrać sobie warunki do tego uczenia, aby ono było skuteczne, bo mądrość można przekazać tylko temu, kto chce ją przyjąć. To dotyczy najpierw tego, co Bóg nam mówi, a następnie tego, co Bóg mówi przez nas do innych i wobec innych.

Wątpiącym dobrze radzić, to najpierw samemu właściwie formować swoje sumienie w oparciu o Słowo Boże i nauczanie Kościoła, by później móc pomóc tym, którzy sami mają wątpliwości czy przeżywają życiowe rozterki i dylematy. Jeśli tak spojrzymy na doskonalenie sumienia to sami zobaczymy, że przecież jest to nabieranie dojrzałości w wierze. Choroby sumienia, jakimi są skrupulanctwo, gdy we wszystkim widzi się grzech lub nie jest się pewnym co jest a co nie jest grzechem lub czy spowiedź została dobrze przeżyta oraz z drugiej strony sumienie jak „wrota od stodoły”, w które wszystko się zmieści, to postawy niedojrzałości ludzkiej i duchowej.

Znalezienie spokoju w dokonywanych wyborach domaga się jednak zaufania i postawy przyjaźni wobec Boga, odkrycia jego woli i chęci Jej realizacji w swoim życiu. Domaga się czasem szukania pomocy u wiarygodnych, żyjących swoją wiarą ludzi. Jednak, by pomóc wątpiącym, samemu najpierw trzeba być pewnym, by nie udzielić złej rady, by kogoś nie wyprowadzić na manowce.

Strapionych pocieszać, to pomóc tym, którzy w swoim życiu codziennym czy życiu wiary przeżywają kryzysy, które ich dotykają w małżeństwie, rodzinie, życiu zawodowym i każdej innej sytuacji, a życie przynosi ich naprawdę wiele. Jedyną dobrą postawą wobec kryzysu jest jego przezwyciężenie, ale tu potrzeba wykrzesania w sobie i w innych odwagi.

Jeśli człowiek w sercu czuje lęk, to będzie miał problem, aby walczyć z przeciwnościami, jakie przychodzą w życiu codziennym i duchowym. Chodzi więc o pokazanie, że nie jesteśmy zostawieni sami, że mamy pomoc w Bożym Miłosierdziu i dzięki Niemu jest nadzieja na zwycięstwo.

Krzywdy cierpliwie znosić, to ustawić we właściwym świetle obecne w nas ludzkie pragnienia sprawiedliwości oraz doświadczenie niesprawiedliwości, z jaką spotykamy się nieustannie w otaczającym nas świecie, o czym wielokrotnie informują nas media. To wyzbycie się iluzji, związanej z ciągłym powtarzaniem słów: „tak być powinno”, „taki być powinien”. To czynić siebie i innych odpornym na zło czyli pielęgnować cnotę odwagi, wobec tego, co nas otacza i “nie dać się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężać” (por. Rz 12, 21; hasło życiowe bł. ks. Jerzego Popiełuszki).

Urazy chętnie darować, to uczyć się od Bożego Miłosierdzia, że przebaczenie zawsze ma sens i daje przede wszystkim szczęście przebaczającemu. Kiedy nauczymy się takiej postawy, to doświadczone krzywdy nie będą niszczyły nas samych, a jednocześnie w ten sposób wyrazimy nadzieje, że ten kto nas skrzywdził w końcu zmądrzeje i zmieni się, nawróci.

Trzeba przebaczyć w swoim sercu przede wszystkim dla siebie, ale krzywdzicielowi tylko wtedy, gdy o to prosi i okaże skruchę, w przeciwnym razie będzie to dla niego przyzwolenie na kolejne zranienie nas, bo za łatwo tym razem mu poszło.

Modlić się za żywych i umarłych, to uczynić szczęście innych i ich intencji treścią naszej modlitwy, by ona się ciągle nie kręciła tylko wokół naszych spraw i potrzeb. Sednem bycia chrześcijaninem i sednem przyjęcia prawdziwie Miłosierdzia Bożego jest prawdziwa troska o innych. Z drugiej strony to też okazja, aby okazać wdzięczność za czyjąś pracę, z której korzystamy każdego dnia, nawet tego nie zauważając, bo to takie oczywiste i normalne, bo do tego żeśmy się już tak bardzo przyzwyczaili, że wydaje się nam, że to się nam po prostu należy. Cenna jest tu szczególnie modlitwa za konających, umierających bez łaski Bożej, do której zachęcała św. s. Faustyna oraz otaczanie nią zmarłych.

Ta modlitwa może znaleźć swoje piękne wypełnienie w zamawianych intencjach mszalnych za żyjących i zmarłych, jako nasz osobisty prezent dla nich zamiast kwiatów. To przecież nasz dar zbawienia dla tych, których kochamy oraz tych, którzy już sobie sami pomóc nie mogą.

Św. s. Faustyna, wspominając jedną ze swoich modlitw przy łożu osoby konającej, tak napisała:

„Kiedy weszłam na chwilę do kaplicy – powiedział mi Pan: «Córko Moja, pomóż Mi zbawić pewnego grzesznika konającego; odmów za niego tę koronkę, której cię nauczyłem». Kiedy zaczęłam odmawiać tę koronkę, ujrzałam tego konającego w strasznych mękach i walkach. Bronił go Anioł Stróż, ale był jakby bezsilny wobec wielkości nędzy tej duszy; całe mnóstwo szatanów czekało na tę duszę. Jednak podczas odmawiania tej koronki ujrzałam Jezusa w takiej postaci, jak jest namalowany na tym obrazie. Te promienie, które wyszły z Serca Jezusa ogarnęły chorego, a moce ciemności uciekły w popłochu. Chory oddał ostatnie tchnienie spokojnie. Kiedy przyszłam do siebie, zrozumiałam, jak ta koronka ważna jest przy konających, ona uśmierza gniew Boży”

(Dz 1565).

Drodzy Bracia i Siostry!

W tym wymiarze duchowym uczynków miłosiernych mamy jakże wiele możliwości zaangażowania się w naszym przeżywaniu wiary, nie tylko troszcząc się o stan naszej duszy, ale o sprawy duchowe tych, którzy nas otaczają. To konkretny wymiar naszego świadectwa wiary wobec otaczającego świata.

Ten wymiar również podkreślił papież Franciszek w kontekście Roku Miłosierdzia, w słowach:

“Podobnie również zostaniemy zapytani, czy pomogliśmy wyjść z wątpliwości, które sprawiają, że człowiek zaczyna się bać, i które stają się źródłem samotności; czy byliśmy zdolni do przezwyciężenia ignorancji, w której żyją miliony osób, a przede wszystkim dzieci pozbawione koniecznej pomocy, aby wyjść z biedy; czy byliśmy blisko tego, kto jest samotny i uciśniony; czy przebaczyliśmy temu, kto nas obraził i odrzuciliśmy każdą formę urazów i nienawiści, które prowadzą do przemocy; czy byliśmy cierpliwi na wzór Boga, który jest tak bardzo cierpliwy wobec nas; i wreszcie czy powierzaliśmy Panu na modlitwie naszych braci i siostry”

(Bulla Misericordiae Vultus, nr 15).

Potrzeba nam w tym względzie postawy św. Eugeniusza de Mazenoda, założyciela Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, którego działalność przypadła na niełatwe czasy po Wielkiej, bo krwawej i bezbożnej Rewolucji Francuskiej. Czasy kryzysu wiary i wartości, kiedy demoralizacja ludzi i spustoszenie Kościoła było ogromne, a sama wiara, krzyż i Ewangelia Chrystusa zdawały się być w odwrocie. On jednak nie zrażał się tą sytuacją i poprzez swoje głoszenie Ewangelii ubogim o różnych obliczach oraz autentycznie chrześcijańskie życie rozpoczął odnowę wiary i Kościoła.

To właśnie św. Eugeniusza de Mazenoda uczynił św. Jan Paweł II swoim osobistym patronem w dzieje nowej ewangelizacji, stawiając Jego relikwie na swoim biurku i stwierdzając: “chciałbym dokonać tego, czego dokonał św. Eugeniusz w swoich czasach” (por. o. Marcello Zago OMI, Sprawozdanie z rozmowy z Janem Paweł II 11.01.1996 roku, za: List o. Generała na zakończenie Roku Mazenodowskiego, OMI Information 345/1996, s. 1; K. Lubowicki OMI, Rekolekcje ze… Święty Eugeniusz de Mazenod, Kraków 2003, s. 5).

Potrzeba nam ducha św. Eugeniusza, który w chwili śmierci, kiedy miał przekazać duchowy testament mówił: “Praktykujcie dobrze między sobą miłość, miłość, miłość a na zewnątrz gorliwość o zbawienie dusz” (por. Testament św. Eugeniusza, 21.05.1861). I choć wtedy kierował te słowa do swoich duchowych synów Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, to dziś one mogą stanowić natchnienie dla każdego z nas.

To przesłanie, które w duchu doświadczenia Bożego Miłosierdzia, podpowiada aby między sobą nie tylko zachowywać ale przede wszystkim praktykować dobrze miłość a na zewnątrz gorliwość o zbawienie dusz, która swój konkretny wyraz znajduje w uczynkach miłosiernych co do duszy i ciała, które są owocem przyjętego i dobrze przeżytego Miłosierdzia Bożego. Amen.

Close Menu